Chińczyk Bluboo

Niedawno sprawiłam sobie zabaweczkę, czyli zmieniłam europejskiego chinola na chińskiego chinola 😉
Oj, wiem, że to niejasne, ale gdy kobieta tłumaczy, to nigdy proste nie jest. Wręcz przeciwnie.
Ale ad rem.
Mój smartfon był już dość starej daty (w technologiach stara data to czasem wielokrotność kwartałów 😉 ), dlatego stwierdziłam, że czas na coś nowszego, zwłaszcza, że ceny spadają teraz niczym łzy świętego Wawrzyńca w sierpniu i można na chinolskim rynku dobrać sobie coś odpowiedniego. Wykorzystałam podpowiedzi z blogu Smartświat nasz codzienny i wybrałam gadżecik firmy Bluboo. Wydałam na niego naprawdę rozsądne pieniądze i nie żałuję ani przez moment tej decyzji 🙂 Ma dobre parametry, przyzwoity design, jest leciutki, a przy okazji – jest to podobno pierwszy smartfon produkowany seryjnie, gdzie tylna część obudowy została wydrukowana na drukarce 3D!
Cieszy mnie też aparat fotograficzny (obydwa), bo robi zdjęcia niczego sobie 🙂 Oczywiście, że to tylko telefon i ma służyć do komunikowania się, ale kto zabroni wykorzystać go np. podczas zakupów w Tesco, żeby zrobić parę fotek kwiatów? 🙂

Dodane 30.05.2016r.
Bluboo w całej swej okazałości:

Reklamy

A wczoraj byłam w Chinach…

Oczywiście, że byłam. To było banalnie łatwe – wsiadłam w pociąg i po 2 godzinach przeniosłam się do Chin.
Oglądałam nie tylko Wielki Mur, Armię z terakoty, czy Jedwabny Szlak, ale i niesamowite formacje skalne w Danxia, góry Tianshan, Wuyi, skały krasowe, tarasy ryżowe..
Zajrzałam nawet do Tybetu i w kosmos! 🙂
Obrazy rozbudziły we mnie apetyt na dłuższą, niż ta czwartkowa, podróż do Chin. Wiem, że nie da się zobaczyć wszystkiego, ale można pomarzyć…